blog Świat

Bóg nam pomaga!

Wrzesień 8, 2017 Karolina Kędzia

Żyjąc w nieustannym pragmatyzmie, trudno zrozumieć człowieka, który decyduje się na przejście czterech tysięcy kilometrów na własnych nogach, jeśli tę samą podróż mógłby przebyć samolotem. Tak zrobił Marek Kamiński – podróżnik, filozof, polarnik. Znany ze zdobycia dwóch biegunów, wyruszył na trzeci – jak mówi – najtrudniejszy, który znajduje się w nim samym. Podróż z Kaliningradu do Santiago de Compostela biegła od grobu Immanuela Kanta – oświeceniowca i profesora, do miejsca spoczynku św. Jakuba, jednego z apostołów Chrystusa, przez co miała symboliczny wymiar, prowadząc z rozumu do serca. Droga, choć długa i trudna, konieczna do życia prawdziwego i szczęśliwego.

Idę, żeby iść

„Wołanie drogi” usłyszał Kamiński – 53-letni mąż i ojciec dwójki dzieci, na co dzień dyrektor fundacji zajmującej się wsparciem w przekraczaniu własnych granic młodszych i dorosłych. To już kolejny raz, kiedy „nadszedł czas, aby porzucić dom i wyruszyć na poszukiwanie Boga” – mówi o swojej podróży (16 marca 2015 r.). Na pytanie: „Dlaczego idzie?”, odpowiadał prosto: „Żeby iść”. Filozofii a Kamińskiego polega na przemierzaniu drogi dla niej samej, a nie koncentracji na wyznaczonym celu. Oczywiście wędrówka do Santiago miała dla niego wymiar religijny (zatrzymywał się w kościołach, modlił się), ale nie była celem samym w sobie. Podczas pielgrzymki jeszcze w Polsce dołączali do niego chętni, by towarzyszyć mu na szlaku. Bowiem droga to także radość bycia z innymi i spotkanie. W środkowej części Niemiec podróżnik mierzył się z własną „nocą ciemną”. Ogarnęło go zwątpienie, psychiczny i duchowy trud, doświadczenie pustki. Okazało się, że droga prowadząca przez największe miasta Europy nie pomagała, gdyż pokazywała świat skoncentrowany na konsumpcyjnej stronie życia, bez patrzenia w głąb. Podróż Kamińskiego była drogą na przekór tendencjom świata, do wnętrza człowieka, nie bezrefleksyjnym biegiem w próżnię. Choć jeden z pracowników niemieckiej stacji benzynowej, przyglądając się pielgrzymowi z boku, stwierdził: „Jeśli ten człowiek mówi, że szuka Boga, to nieprawda. Bóg tu jest. Nie trzeba Go szukać, On Ciebie też nie musi, bo jesteś Jego stworzeniem. Ja tu haruję, a ten człowiek się bawi”. Czy ma rację? Odpowiedź każdego z nich jest rezultatem ich własnej indywidualnej drogi. Z pewnością na każdej z nich jest Bóg.

Życie jest podróżą

„Wędrówką życie jest człowieka” – napisał Edward Stachura. Podróż jest metaforą życia, szczególnie ta wymagająca od nas przekroczenia siebie. Wybór podróży pokazuje, jaką mamy osobowość i jednocześnie ją kształtuje. W najtrudniejszym momencie podróży Marek Kamiński powiedział: „Stałem się nikim, włóczęgą. Jestem pusty”. I właśnie wtedy dokonał się przełom. To moment usłyszenia samego siebie, uświadomienie sobie, kim naprawdę jestem, nadejście czegoś nowego, co tę prawdę o człowieku przybliży a pustkę wypełni. Oczywiście w podróży, zarówno tej życiowej, jak i geograficznej, mogą pojawić się ból, cierpienie, obumieranie tego, co w nas narastało przez lata i jakoś nas blokowało – historie rodzinne, trudne relacje, lęki stworzone przez nas samych. Kiedy to przetrwamy i przełamiemy, możemy wejść na inny etap: „Gdy nie myślę, jestem na drodze w głąb siebie” – mówi Kamiński. Wtedy zaczyna się oczyszczenie i prawdziwy początek wewnętrznej wędrówki. Św. Jan od Krzyża, Doktor Kościoła, autor „Nocy ciemnej”, którą podróżnik zabrał w swą drogę, mówi o „oczyszczeniu biernym zmysłów”. Bez pomocy człowieka, sił i starań Bóg sam zaczyna go przemieniać, uzdrawiać i przybliżać do siebie. Gdy człowiek nie ma już siły, wkracza Bóg. „To, co miało się obetrzeć, obtarło, zabolało (…) jakoś się idzie” – mówi podróżnik podczas duchowej lekcji w środku Europy. Droga coraz bardziej pozwala mu stać się człowiekiem. Choć Kamiński nieustannie powtarza: „Cały czas wątpię”, z każdym nowo przebytym kilometrem jest bliżej własnego serca i Boga. Nawet jeśli z zewnątrz nie jest to dostrzegalne, „ten sens jest gdzieś w środku”.

„Do góry, naprzód…”

Droga, która uczy nas pokory i ogałaca, może wydawać się nieatrakcyjna. Ale czy to, co wydaje się atrakcyjne, a w środku jest puste, jest warte większej uwagi? Czy nie lepiej zainwestować naszą wewnętrzną energię w coś, co na dłużej przyniesie nam szczęście? Droga nie jest odpowiedzią na wszystkie pytania, ale może być pomocą. Pielgrzymki, wędrówki samotne lub w grupie są pomostem w drodze do samego siebie. Zasada, która nam w tym pomoże, jest wyraźna: im bardziej prosta droga, bez nadmiernych udogodnień, tym większa szansa, że odkryjemy na niej siebie. Nie chodzi o „sprzedaż wszystkiego, co mamy” i przemierzenie pustyni na ośle, ale o wewnętrzną postawę wolności od rzeczy zewnętrznych. Jezus, kierując słowa do biblijnego młodzieńca: „Idź, sprzedaj wszystko, co masz” (Mk 10), może właśnie to miał na myśli? Nieprzywiązywanie się do warunków powierzchownych. „Obym był wolny od…” – powtarza Kamiński w drodze jak mantrę. Warto zaczerpnąć z tych słów, by nasza podróż nabrała innego, głębszego znaczenia. Ostatnią wskazówką w życiowej podróży i na poszczególnych szlakach, dla nas i samego Kamińskiego, są słowa pewnego Anglika przemierzającego drogę na Camino: „Maszeruję w chwili obecnej. Tu i teraz. Nie ma przeszłości ani przyszłości. Idę do kolejnego drzewa, zakrętu”. W ten sposób pokonuje zniechęcenie. Widzi tylko na jeden krok, ale ten krok mu wystarcza. Odkrywa, że nie warto oglądać się tylko na ilość, efekt i czas, ale skupia się na wewnętrznej jakości, która nawet od niej samej uwalnia i podpowiada: „Moje drogi nie są waszymi drogami” (Iz 55,8). Dobrze przeżyta droga jest szkołą. Oprócz obumierania, trudu i wyborów uczy przede wszystkim miłości. Po zakończonej podróży Kamiński powiedział: „Tam dotknąłem Boga, Alfy, czyli początku nowej drogi, a gdzie ona mnie zaprowadzi? Nie wiem”. Bo każda przebyta podróż jest początkiem. A na niej, nieważne w jakiej sytuacji życiowej jesteśmy, z wiarą i nadzieją możemy wypowiedzieć pozdrowienie ze szlaku św. Jakuba: „Do góry naprzód, Bóg nam pomaga!”.

artykuł wydrukowano
w dwutygodniku Ordynariatu Polowego
„Nasza Służba”, nr 12/2017

 

Karolina Kędzia

Szuka Boga. Kocha Tatry i muzykę. Tęskni za samą sobą stworzoną przez Niego. I za wolnością. W mieście uczy się żyć, choć czasem czuję się w nim jak na pustyni. Ma wspaniałych przyjaciół ! W ciszy, duchowości karmelitańskiej, muzyce i ludziach odkrywa jedyny Cel. Kiedyś też wybrała się w podróż autostopową- która zmienia do dziś.