blog Zamyślenie

Dwie strony tafli

Kwiecień 15, 2017 Karolina Kędzia

Gdy świat cichnie, wydarza się wiele. Milczenie odkrywa jego inny obraz przysłonięty hałasem słów i codziennym zgiełkiem. Krainę cenną i życiodajną. W ciszy czeka ukryta Miłość.

„Cisza leczy duszę” – napisał Wasilij Rozanow (1856-1919), rosyjski pisarz i filozof. Takie stwierdzenie może być zaskoczeniem. Duszę leczą filmy, ludzie, zakupy, ale nie cisza. Towar deficytowy w dzisiejszym świecie. Rzadko można ją znaleźć ma półce z lekarstwami pierwszej potrzeby. Bywa gorzej. Cisza zaczęła przeszkadzać. Prawie wszędzie towarzyszą nam jakieś dźwięki, szumy, muzyka, słowa. Jakby wejście w ciszę kojarzone było z zagrożeniem. Dlatego że nie zdążyliśmy jeszcze „usłyszeć” darów znajdujących się w ciszy ˗ wolności i prawdy.

Towarzysz ciszy

Oto historia o mnichu opowiedziana przez br. Łukasza, trapistę z Tibhirine:
Mnich to facet, który stoi sobie na peronie dworca i czeka. Ktoś czyta gazetę, inny przechadza się nerwowo, gadając przez komórkę, a on sobie stoi i czeka. Ludzie na niego patrzą i mówią: «Skoro on czeka, to znaczy, że pociąg przyjedzie». Inna scena. Kolejka do lekarza. Czeka także mnich, tym razem zakonnik benedyktyn z Lubinia. Podczas oczekiwania ma dużo czasu, by się pomodlić. Przez ponad pięć godzin powtarza proste zdanie po łacinie z psalmu 118: «Tuus sum ego, salvum me fac»«Jestem Twój, więc zbaw mnie»”.

Obie sceny ukazują, że pod zewnętrzną powłoką głosów i wydarzeń dzieją się rzeczy równoległe „poza światem”. Mnich w oczekiwaniu na peronie metra odnajduje cierpliwość i spokój. A przychodnia lekarska zamienia się sanktuarium i niezdobytą twierdzę skupienia, jak mówiła o duchowości ludzkiej św. Elżbieta od Trójcy Świętej. Kiedy człowiek staje się domownikiem ciszy, zaczyna mieszkać z Bogiem.

Cichość ukazuje też życie proste, zwykłe na nowo. Kaczki drepczące po kałuży. Promień porannego słońca. Błękit nieba. Zachowanie „człowieka ciszy” także zaczyna się zmieniać. Cisza uczula na niewidoczny wcześniej szczegół. Dzięki ciszy wewnętrznej widok człowieka obok nie przyprawia o skrępowanie, przynosi swobodę, spokój. Zabiera codzienny lęk i pośpiech, które nam towarzyszą. „Zobacz, jak Jezus przechadza się po metrze” – mówi ktoś o swoim doświadczeniu. I trafia w sam punkt, mówiąc o cichym i ukrytym Towarzyszu zamieszkałym w ciszy.

Spotkanie bez iluzji – tu i teraz

Są dwa rodzaje ciszy. Cisza zewnętrzna – niesłuchanie muzyki, wyłączenie telewizora, telefonu. I cisza wewnętrzna, czyli stan, który pozwala ukierunkować się na Boga. Dopiero odłożenie, a czasem kompletne zostawienie zewnętrznych spraw, powoduje, że cisza wewnętrzna może się w nas rozgościć. Umysł i serce muszą się „wyszumieć” z codziennych spraw, by wejść głębiej. Człowiek musi opuścić świat znany i bezpieczny, by poznać nowy.

W każdym człowieku, bez względu na zawód, stan czy pochodzenie, kryje się zdolność do ciszy wewnętrznej, odkrycie drogi do własnej tajemnicy. Na co dzień widzimy tylko czubek góry lodowej nas samych. Pod taflą wody znajduje się główna część bryły. Istnieje ryzyko wejścia pod wodę, ale jest ono też przygodą i szansą odkrycia prawdziwego siebie. W ciszy oprócz radości i większej wrażliwości na świat można odkryć także swoje zranienia, czułe punkty, wady. Stanąć transparentnie przed sobą, innymi i Bogiem. Dlatego człowiek boi się ciszy, by nie spotkać się z tym, co kryje się za masą balustrad, podpórek i wyjść ewakuacyjnych, które sobie tworzy. W ciszy jesteśmy bezbronni, ale prawdziwi. Dlatego warto w nią wejść, pozostać przez jakiś czas, nie uciekać. Takie spotkanie może być dla nas darem i nieocenioną lekcją na całe życie. Choć cisza niektórym na początku może wydawać się trudna i gorzka. Przy dłuższej kuracji wyda dobre owoce. Warto wiedzieć, co kryje się pod wodą naszych przeżyć, by nie rozbić się o wystający czubek niepoznanej rzeczywistości.

Cisza wewnętrzna nie zawsze musi być milczeniem, niemówieniem, ale przede wszystkim powinna być szukaniem prawdy. Cisza zewnętrzna ma w niej pomóc. Mnisi dodatkowo mówią o złej ciszy, milczeniu, które nic nie wnosi. Jest praktyką dla samej praktyki i może prowadzić do pychy. Chodzi o zrobienie przestrzeni prawdzie, która nada naszemu życiu inny wymiar.

Pismo Święte mówi, że to na pustyni Jezus był kuszony, w ciszy, gdzie nie odciągało Go nic zewnętrznego, mierzył się ze sobą i złym duchem. Ale każdą walkę oddawał Ojcu. Jednoczył swoje zmagania z Jego życiem. Boży Syn przeszedł tę drogę, bo wiedział, że my także będziemy nią wędrować. „Jezus nie jadł nic na pustyni, ale karmił się relacją z Ojcem” – pisze jezuita Tadeusz Hajduk. I dodaje: „Warto pomyśleć o naszych wyjściach na pustynię. Czy szukamy takiego czasu, by w ciszy karmić się relacją z Bogiem, dla którego jesteśmy dziećmi?” Jezus już ją przeszedł, a teraz zaprasza nas i nieustannie prowadzi, idąc u boku. „Jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata” – mówi w Ewangelii św. Mateusza. W żadnej chwili Bóg nie opuszcza człowieka i chce z nim odkrywać jego życie jeszcze głębiej. Dopełniają się wzajemnie dwie historie  –  moja i Boga. On w ciszy chce mi ukazać ciągłe pragnienie spotkania i kochania.

W ciszy czas płynie wolniej, niekiedy trudniej – ostatecznie jego owoce są smaczniejsze.

Karolina Kędzia

artykuł wydrukowano w dwutygodniku Ordynariatu Polowego “Nasza Służba”, nr. 6/2017

Karolina Kędzia

Szuka Boga. Kocha Tatry i muzykę. Tęskni za samą sobą stworzoną przez Niego. I za wolnością. W mieście uczy się żyć, choć czasem czuję się w nim jak na pustyni. Ma wspaniałych przyjaciół ! W ciszy, duchowości karmelitańskiej, muzyce i ludziach odkrywa jedyny Cel. Kiedyś też wybrała się w podróż autostopową- która zmienia do dziś.