Czytelnia DomKościół wróć

Biesy naszych czasów. Grzech bezgrzeszności


Sierpień 8, 2018

Selektywna moralność sprowadza się do arbitralnego wykre­ślenia pew­nych czynów z listy grzechów, determinizm neguje możliwość powstrzymania się od złych czynów, zaś relatywizm etyczny unieważnia kategorie moralne.

Biesy współczesności, demony naszych czasów. Czym są? Czy różnią się czymś od demonów minionych epok? A jeśli tak, to czym? A może w na­szych czasach, czasach walki z rozmaitymi przesądami i obalania najróż­niejszych tabu, nie ma na świecie miejsca dla żadnych demonów? Może współczesny człowiek, na każdym kroku dążący do tak czy inaczej pojmo­wanego „wyzwolenia”, zdołał się już wyzwolić także spod ich władzy?

Patrząc na rzeczywistość wokół nas, można mieć co do tego poważne wątpliwości. Co, więcej, przekonanie, że demony raz na zawsze odeszły w przeszłość wraz z określoną epoką czy pewnymi instytucjami społecznymi, jest niczym innym, jak tylko jeszcze jednym fortelem tych samych demo­nów, których istnienie podawane jest w wątpliwość. Jakie to więc demony?

Znikające zło

Wydaje się, że największym grzechem naszych czasów jest zanegowa­nie samego pojęcia grzechu wraz z towarzyszącymi mu pojęciami winy i kary. „Grzech nie jest przecież «pozytywny», deprymuje”[1] – pisze o tym zjawisku Joanna Petry-Mroczkowska. Skupianie się zaś wyłącznie na pozy­tywnych aspektach życia jest jednym z głównych postulatów współczesnej kultury i zarazem charakterystycznym przejawem jej infantylizacji, dorośli ludzie zachowują się bowiem całkiem jak małe dzieci, zamykające oczy po to, by „unicestwić” groźnego potwora. Do tego dochodzi inna typowa ten­dencja, a mianowicie skłonność do traktowania rzeczywistości, w tym także rzeczywistości religijnej, jak ogromnego supermarketu, z którego w swo­bodny sposób można wybierać dowolne towary. Nic więc dziwnego, że po­wstający konglomerat rzadko ma cokolwiek wspólnego ze spójnością czy konsekwen­cją – dobrym przykładem może tu być postępowanie ludzi religij­nie indyfe­rentnych, którzy nie zrezygnują jednak z takich atrakcji, jak cho­inka czy bożonarodzeniowe prezenty, podobnie jak typowa współczesna panna młoda, której ślub wieńczy okres długotrwałej rozpusty, nie odmówi sobie przyjem­ności występowania w białej sukni. To, co kiedyś było nagrodą za wypełnie­nie obowiązku, dziś staje się jeszcze jednym „prawem”, które współczesny człowiek sam sobie przy­znał, „prawem”, z którego korzystanie często nie przynosi jed­nak spodziewanego zadowolenia. Jak przysłowie uczy, kradzio­ne nie tuczy, zaś dzisiejszy człowiek, mimo że tak stroniący od podej­mowa­nia jakiegokolwiek wysiłku i od stawiania sobie jakichkolwiek wyma­gań, wcale nie wydaje się szczęśliwy. Wręcz przeciwnie: „jest ner­wowy, stale zaniepokojony i niepewny, czy «już się zrealizował»”.

Negowanie istnienia grzechu przybiera w dzisiejszych czasach rozmaite formy. Od wybiórczego traktowania zasad moralnych (na przykład pogląd, że „złem jest tylko to, co krzywdzi innych ludzi; jeśli swoim działaniem nie wyrządzam nikomu krzywdy, to z pewnością nie może być ono złe”), przez przerzucanie odpowiedzialności za własne czyny na okoliczności, sytuację czy wpływ innych osób, aż po jawne zanegowanie istnienia obiektywnego porządku moralnego, czyli relatywizm etyczny, głoszący, że zasady moralne są wyłącznie wytworem określonej epoki i jako takie podlegają zmianom, a także – będąc wytworem czysto ludzkim – mogą być przez człowieka do­wolnie odrzucane bądź przyjmowane (znów jesteśmy w supermarkecie).

Selektywna moralność

Wybiórcze traktowanie zasad moralnych jest bardziej zanegowaniem grzeszności określonych czynów niż samego pojęcia grzechu. Łączy się z niezrozumieniem kryteriów wartościowania moralnego, przy czym kryteria obiektywne są często zastępowane subiektywnym odczuciem. Charaktery­styczne dla naszych czasów indywidualizm i egocentryzm sprawiają, że za dobre uchodzi to, co jednostka odczuwa jako dobre dla niej samej, podczas gdy prawo moralne ma także – a może nawet przede wszystkim – za zadanie chronić gatunek ludzki. Dzisiejsze społeczeństwo stawia jednak w centrum jednostkę, nic więc dziwnego, że wielu ludziom trudno zrozumieć zakazy moralne, które nie tyle stoją na straży interesów jednostki, co chronią inte­resy gatunku – przykładem może być chociażby powszechne niezrozumienie zakazów z dziedziny etyki seksualnej.

Prawo moralne harmonijnie godzi dobro człowieka z dobrem ludzkości, we współczesnym świecie proporcja między dobrem jednostki a dobrem gatunku została jednak zaburzona, co skutkuje dezorientacją moralną wielu ludzi. Dzisiejszy człowiek ma często kłopot z udzieleniem odpowiedzi na pytanie o kryteria ocen moralnych. Zło powszechnie utożsamiane jest z krzywdą wyrządzoną jednostce lub też z agresją, mimo że ta ostatnia, po­dob­nie jak wszystkie inne popędy, nie jest ze swej natury ani dobra, ani zła, może być co najwyżej dobrze lub źle użyta: „popędy spełniają też funkcje korzystne, nie chodzi więc o to, żeby je wyłączyć, ale by zintegrować w spo­sób uporządkowany”. Tego zintegrowania brakuje jednak tam, gdzie próbuje się wprowadzać porządek oparty na fałszywych założeniach.

Determinizm

Drugi z wymienionych sposobów negowania grzechu odwołuje się czę­sto do takich czy innych determinizmów, w których wiara „w dużej mierze «uwolniła» człowieka od odpowiedzialności za swoje czyny”. Najczęściej jest to wiara w determinującą rolę wychowania i atmosfery, w jakiej ono przebiega – wystarczy wspomnieć często przywoływany fakt, iż wszyscy sprawcy najcięższych przestępstw mieli ciężkie, naznaczone przemocą dzie­ciń­stwo. Nie negując oczywiście wpływu doznawanej w dzieciństwie prze­mocy na późniejszą skłonność do jej stosowania, trzeba jednak przypomnieć o wszystkich tych, którzy mimo traumatycznego dzieciństwa nie tylko nie zostali przestępcami, lecz jeśli chodzi o przestrzeganie zasad moralnych, mogą być niekiedy przykładem dla tych, których dzieciństwo upłynęło w spokojnych, dobrych warunkach. Czym wytłumaczyć ten fenomen, jeśli doznana we wczesnych latach życia przemoc naprawdę zmusza do dokony­wania zbrodni?

Poza determinizmem społecznym poszukujący usprawiedliwień współ­czesny człowiek odwołuje się chętnie także do determinizmu biologicznego – pamiętam pewnego młodego człowieka, z zapałem godnym lepszej sprawy przekonującego adwersarzy, iż monogamiczne małżeństwo jest bezsensowną instytucją, albowiem człowiek nie jest „biologicznie” zdolny do dochowania wierności jednemu partnerowi. A jeśli to nawet prawda, to co? – chciałoby się powiedzieć. Człowieka nie da się przecież sprowadzić do czystej biologii, podobnie jak nie można go zredukować do tego, co społeczne. Człowiek jest „istotą biopsychospołeczną”, „trzy więc czynniki wpływają na kształtowanie się naszej osobowości: genetyczne, środowiskowe i czynnik wolnej woli (decyzji). Ten ostatni sprawia, że jesteśmy do pewnego stopnia odpowie­dzialni za to, co z siebie zrobiliśmy [podkr. A.M.P.]. Forma naszej osobowo­ści w pewnej mierze od nas samych zależy” (A. Kępiński, Psychopatie).

Wiara w determinizm sprawia, że „zamiast pojęcia «grzech» coraz czę­ściej używa się terminów «błąd» i «choroba»”, zaś miejsce rachunku sumie­nia zajmuje psychoterapia. „Psychoterapeuta, utożsamiając się z pacjentem, zawsze staje po jego stronie (…). Nie zachęca ani do zmiany, ani do pracy nad charakterem”. Deterministyczna wizja człowieka jest wygodna, ponie­waż pozwala zrzucić z siebie odpowiedzialność i pozbyć się poczucia winy, równocześnie jednak pozbawia ludzi godności i ich wyjątkowego w przyro­dzie statusu istot obdarzonych wolnością.

Relatywizm etyczny

Selektywna moralność sprowadza się do arbitralnego wykreślenia pew­nych czynów z listy grzechów, determinizm, nawet jeśli nie zaprzecza sa­memu istnieniu zła, neguje możliwość powstrzymania się od złych czynów, zaś relatywizm etyczny unieważnia kategorie moralne, podkreślając ich zmienność, zależność od miejsca i czasu, a także od czysto subiektywnego odczucia poszczególnych osób. Coś może być dobre dla jednego człowieka – głosi – nie będąc jednocześnie takim dla drugiego, jakieś zachowanie jest akceptowane w określonej epoce, w innej zaś uchodzi za moralnie naganne.

Tymczasem istnieje różnica między normą moralną, będącą rozpozna­niem obiektywnego interesu, obiektywnego dobra gatunku i jednostki, a normą społeczną, która nie zawsze musi być z tą pierwszą zgodna. Jeśli zaś chodzi o subiektywizm, to jest oczywiście prawdą, że ludzie różnią się pod względem subiektywnego odczuwania wartości, jednak subiektywne odczu­cie, że nie wolno zabijać, kraść czy cudzołożyć, nie jest takim samym su­biektywnym odczuciem, jak przekonanie, że takie czyny są dozwolone. Tym, co je różni, jest fakt, że tylko to pierwsze jest zgodne z obiektywną prawdą. Oczywiście, trudno to zaakceptować ludziom, których „prawda” okazała się gorsza: relatywizm kryje w sobie „fałszywą tezę demokracji, która głosi «jestem tak dobry, jak i ty». Nie mówi tego pies bernardyn do pluszowej zabawki ani uczony do głupca, tylko zawsze ci, którzy czują, że są słabsi. Owo upieranie się skrywa bolesną, męczącą świadomość niższości, której nie chcemy uznać” .

Współczesny człowiek z uporem próbuje sobie wmówić, że do szczę­ścia wystarczy mu w zupełności to, co „lekkie, łatwe i przyjemne”, że najle­piej unikać jakiegokolwiek wysiłku i jakichkolwiek wyrzeczeń, że „możliwe jest stworzenie społeczeństwa, które nie wymaga­łoby cnót heroicznych”. Z charakterystycznym infantylizmem sądzi, że wystarczy zmienić nazwę: zło przestanie być złem, gdy przestaniemy tak o nim mówić, podobnie zniknie grzech wraz z oznaczającym go słowem. Tymczasem grzech nie znika, wręcz przeciwnie: pleni się w najlepsze, wła­śnie dlatego że ludzie nie potra­fią go już nawet dostrzegać, trudno zaś leczyć chorobę, nie postawiwszy diagnozy, podobnie jak trudno jest się obronić, nie rozpoznawszy wroga.

[1] Wszystkie cytaty, poza fragmentem zaczerpniętym z książki Antoniego Kępińskiego Psychopatie, pochodzą z pracy autorki Siedem grzechów głównych dzisiaj, Kraków 2004.

Agnieszka Maria Porębska