Czytelnia Karmel wróć

Modlitwa: spotkanie osób w miłości


Październik 31, 2017

Mistyk, prawdziwy człowiek modlitwy nie przeciwstawia w formie konfliktu zewnętrznych form wyrażania miłości, gdyż dotarł już do doświadczenia miłości, która przekracza je wszystkie i która je wszystkie wyjaśnia. Miłości jedynej.

W modlitwie – tak jak rozumie ją św. Teresa od Jezusa – absolutne pierwszeństwo należy się miłości. Również tutaj trzeba powiedzieć, że – ponieważ jest to spotkanie w miłości – modlitwa to spotkanie w prawdzie. Jedynie miłując się jako osoby, odkrywamy przed sobą nawzajem prawdę o tym, kim jesteśmy. Jedynie miłość, rozumiana jako akceptacja i przyjęcie, obdarowanie i ofiarowanie, otwiera drzwi do prawdy o sobie samym.

Św. Teresa sięga dokładnie tam, gdzie znajduje się sama „istota dosko­nałej modlitwy”. I wbrew opinii tych, którzy sądzą, że „cała ta sprawa zasa­dza się na myśleniu”, ona skłania się zdecydowanie ku przekonaniu, że „po­stęp duszy nie polega na myśleniu wiele, ale na miłowaniu wiele” (F 5,2). W ten sam sposób i w identycznym kontekście napisała w Mieszkaniach: „Aby postąpić wiele na tej drodze i wstąpić do mieszkań, do których pragniemy, nie polega ta sprawa na myśleniu wiele, ale na miłowaniu wiele” (Tw 4,1,7). Nie pozostawia najmniejszego cienia wątpliwości. Teresa argumentuje, że „nie wszystkie wyobraźnie są z natury zdolne do tego [medytowania, rozważa­nia], ale wszystkie dusze są zdolne do miłowania wiele” (F 5,2).

Po potwierdzeniu tego prymatu miłości w modlitwie – „relacji przy­jaźni” – przejdźmy teraz do pewnego aspektu nauczania św. Teresy, który uważam za kluczowy. Modlitwa jest ruchem osoby ku Osobie. Miłosna uwaga, wciągająca Drugiego. Tutaj Teresa wprowadza to, na czym chciał­bym się skupić: uwaga i skoncentrowanie się na miłości, którą On mnie da­rzy. Modlić się to odkrywać, że jest się miłowanym; to kontemplowanie Boga, który mnie miłuje. Droga modlitwy otwiera się dla człowieka, a jego posuwanie się po niej nabiera tempa, gdy i na ile wie, że jest miłowany przez Boga. Ten element św. Teresa uważa za tak ważny, że wprowadza go do swojej definicji modlitwy. „Relacja przyjaźni… z Tym, o którym wiemy, że nas miłuje” (Ż 8,5). Jest to istotny i kształtujący ją element. On nas miłuje. Pierwsza i ostateczna rzeczywistość, z którą spotyka się człowiek w modli­twie. A także jest to siła, która go mobilizuje. Miłość niezawodna, nieznająca zmierzchu, wieczna. W wiecznej teraźniejszości. „On nas miłuje”. Nie wypa­czając w najmniejszym stopniu tych spraw i bez wpadania w zubażające uproszczenia można powiedzieć, że modlitwa jest postępującym odkrywa­niem, żywym doświadczeniem tego, że Bóg nas miłuje. Ta miłość jest tym, co zawsze motywuje nasze zbliżenie się do Boga i wytrwałe zabieganie o rozwijanie relacji przyjaźni z Nim. To ta mi­łość jest tym, co przezwycięża wszelkie opory, które rodzą się z na­szej kondycji grzeszników, blokują i powodują zerwanie tej przyjaźni. „Wi­dząc (…), jak bardzo [On] was miłuje, przejdziecie przez tę długotrwałą udrękę przebywania z Tym, który tak bar­dzo różni się od was” (Ż 8,5). Gdy Teresa czuła się powalona na ziemię, przygnębiona z powodu tak wielu upadków, pisała, że: „rozważając tę mi­łość, którą On mnie darzy, ponownie odzyskiwałam hart ducha” (Ż 9,7). Ta teologalna pewność, że Bóg mnie miłuje, podtrzymuje w modlitwie modlą­cego się człowieka.

Miłość, którą On nas darzy. To jest pierwsza rzecz, jakiej uczy Jezus, Nauczyciel modlitwy: „Zważcie na te słowa, które wypowiadają te boskie usta, gdyż w pierwszym z nich zaraz zrozumiecie tę miłość, którą On was darzy, gdyż nie jest małym dobrem i radością ucznia ta świadomość, że jego nauczyciel miłuje go” (DdV 26,10). Całe życie Jezusa jest nastawione na to, aby przekonać nas o tej Jego miłości do nas. On nie zaniechał niczego, aby „nie pozostała w nas najmniejsza wątpliwość co do tej miłości” (DdV 40,7). Wiedzieć, że jesteśmy miłowani! Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwe zadanie, pomimo że miłość jest słowem tak bardzo nadużywanym przez ludzi. A raczej właśnie dlatego. Jednakże jest to absolutnie konieczne dla każdego, kto na poważnie ma zamiar podjąć życie duchowe. W modlitwie wszystko musi pozostawać ukierunkowane na odkrywanie tej miłości, którą Bóg ma dla nas, i jej podporządkowane. Wszystko musimy odczytywać w odniesieniu do miłości, jako że właśnie tak zostało to napisane. „Miłość, którą nas darzy” „we wszystkich rzeczach się uobecnia” (Ż 13,13). „Tak więc tym pragnę zakończyć: zawsze, gdy myśli się o Chrystusie, przypomi­najmy sobie o miłości, z jaką uczynił nam tyle darów i jak wielką Bóg nam ją oka­zał, dając nam takie potwierdzenie tego, co do nas czuje” (Ż 22,14).

Modlitwa – każda modlitwa – musi rozwinąć się w kontemplowanie miłości, której jesteśmy adresatami ze strony Boga. Skoncentrowanie się na miłości, którą Bóg nas darzy. Dlaczego św. Teresa tak bardzo na to nalega? Dlaczego modlitwa jest koncentrowaniem się na miłości Drugiego? Krótka odpowiedź: ponieważ „miłość wzbudza miłość” (Ż 22,14), ponieważ świa­domość bycia miłowanymi pobudza nas do miłowania. Świadomość bycia miłowanym rodzi miłość, otwiera życie na heroizm.

Świadomość bycia miłowanym wyzwala w człowieku największe i naj­bardziej odnawiające siły i dynamizmy. „I choćby była [ona] całkiem w po­czątkach, a my bardzo rozbici, usiłujmy wpatrywać się w to nieustannie i rozbudzać siebie do miłowania. Ponieważ jeśli raz Pan uczyni nam dar, że odciśnie się w naszym sercu ta miłość, wszystko stanie się dla nas łatwe, i będzie nam to zajmowało znacznie mniej czasu i całkiem bez trudu” (Ż 22,14).

Sprowadzenie modlitwy do tego koncentrowania się na miłości, której Bóg nam udziela, oprócz tego, że odpowiada prawdzie o Bogu, to nadto sty­mu­luje i motywuje postawę miłości w człowieku. Zwraca go ku drogom miłości. W ten sposób modlitwa posiada dobry fundament i jest prawidłowo ukierunkowana. Postawy wspaniałomyślności, których świadomość bycia miłowanym przez Boga nie zdoła rozbudzić, ożywić i doprowadzić do speł­nienia, pozostaną na zawsze pogrzebane i bezpłodne w sercu człowieka.

Św. Teresa w modlitwie zrozumiała, „czym jest miłowanie Go” (Ż 6,3), w modlitwie rodzi się też do miłowania Go, kontemplując fakt bycia miło­waną: „Wszystkie te oznaki [narastającej] bojaźni Bożej przyszły mi wraz z modlitwą, a największym było [poczucie] bycia otuloną w miłość” (Ż 6,4). I zrodziła się miłość, gdyż odkryła „wielką miłość, z jaką [stopniowo] [Bóg] przygotowuje nas do zwrócenia nas do Siebie” (Ż 8,10), albowiem to w mo­dlitwie zrozumiała „miłość, którą [On] ją darzy” (Ż 9,7). I rodzi się do miło­ści bezinteresownej, niezasłużonej, czystego daru z samej siebie. Interesuje ją jedynie Bóg, Przyjaciel. Nie będzie w niej egoistycznych roszczeń całkowi­cie sprzecznych z miłosnym obdarowaniem sobą. „Bez żołdu pragną służyć swojemu Królowi” (Ż 15,11). „Aby miłość była prawdziwa i aby przyjaźń trwała, musi dojść do zgodności zachowań” (Ż 8,5) –  wyjaśnia Teresa zaraz po podaniu, czym według niej jest modlitwa. Trzeba odpowiedzieć Bogu w taki sam sposób, w jaki On zwraca się do nas. „Już nie należymy do siebie, ale do Niego” (Ż 11,12). Będzie to oznaczało pozostawienie Bogu całej ini­cjatywy: „Niechaj Jego Majestat prowadzi, którędy zechce” (Ż 11,12). Po­nieważ ten, kto decyduje się na bycie człowiekiem modlitwy – przyjacielem Boga nie może już dążyć do niczego innego, jak tylko do „zadowolenia” Boga, zapominając o sobie samym. „Jego zamiarem nie ma być zadowolenie samego siebie, ale Jego” (Ż 11,11). To są słowa prawdziwej miłości. Cała reszta to czysta farsa.

Tak więc modlitwa – będąca spotkaniem osób – dotyka osoby, jej naj­intymniejszej cząstki, i otwiera ją na życie. Owa „relacja przyjaźni” jest czymś więcej niż czasem, w którym człowiek „sam na sam” uświadamia sobie obecność Jezusa w swoim życiu. „Relacja przyjaźni” jest sposobem bycia, nieustannym byciem przyjacielem Boga. Dlatego też jest ona życiem w relacji przyjacielskiej miłości, będącym odpowiedzią przed Bogiem i udzie­laną Bogu. Bardziej niż odprawianie modlitwy jest ono byciem czło­wiekiem modlitwy. Nie dziwi zatem, w jak zdumiewający sposób Teresa roz­poczyna swój mały traktat o modlitwie: „Tak więc, mówiąc teraz o tych, którzy roz­poczynają być sługami z miłości (gdyż nie wydaje mi się być ni­czym innym to zdeterminowanie siebie do pójścia po tej drodze modlitwy za Tym, który tak bardzo nas umiłował)” (Ż 11,1).

Nie wolno zbanalizować tych słów św. Teresy. Modlić się to „obrać Boga za przyjaciela” (Ż 8,5). Nieco dalej, starając się rozwiać obawy pew­nych osób przed rozpoczęciem praktykowania modlitwy myślnej, zwracając się do Boga, powie: „O tak, Ty nie zabijesz nikogo – życie wszelkiego życia! – z tych, którzy Tobie ufają i którzy Ciebie pragną za przyjaciela” (Ż 8,6). Oddać się modlitwie oznacza rozpocząć „tak z całym zaangażowaniem mi­łować Boga i służyć Mu” (Ż 7,20), „być zdeterminowanym służyć Bogu tak na serio” (Ż 11,9).

To jest prawdziwe znaczenie modlitwy, tej relacji „sam na sam”: bycie człowiekiem jednej jedynej miłości. Położyć swoje życie na rzecz jedynej sprawy Boga, „oddać się we władzę Boga” (Ż 11,12). Ten, kto „pragnie tej relacji sam na sam z Bogiem i porzucenia rozrywek świata, większość ma już zrobioną” (Ż 11,12), gdyż opowiedział się za jedyną, całkowitą, niepodzielną miłością. Nie można „[utrzymywać] relacji z Bogiem i ze światem” (Ż 8,3). Ona sama tego doświadczyła. Miłość dosięga całej osoby i sięga tak daleko, jak samo życie. Miłość spaja się w jedno z samą osobą. I dlatego całe życie, różne jego okresy, pozostają istotowo zjednoczone poprzez miłość, która je ożywia i którymi ona sama się wzmacnia. Następuje radykalne przezwycię­żenie wszelkich sprzeczności pomiędzy czasem modlitwy a czasem zaanga­żowanej służby innym: „Prawdziwie miłujący miłuje wszędzie i pamięta o umiłowanym. Ciężka byłaby to sprawa, gdyby wyłącznie w [bezpiecznym] ukryciu można było praktykować modlitwę!” (F 5,16). Teresa z wielką natu­ralnością przechodzi od „miłowania wszędzie” do „praktykowania modli­twy” nie tylko w bezpiecznym ukryciu. Tak jak nie miłuje się od czasu do czasu, tak również nie modli się w sposób przerywany. Modlitwa, podobnie jak miłość, wyrywa się z ciasnoty tego bezpiecznego ukry­cia i ram samotno­ści – które z drugiej strony są bez wątpie­nia po­trzebne! – ponieważ potrze­buje wolnej i głębokiej przestrzeni życia.

Wszędzie tam, gdzie Bóg i człowiek spotykają się ze sobą i traktują się jak przyjaciele, ma miejsce modlitwa i potrzeba pozostawania sam na sam, intensyfikująca to spotkanie i powodująca przeżywanie do­świadczenia, tego „ja‑ty” – przyjaźni jako jedynej wartości absolutnej. I tak człowiek przygo­towuje się do tego, aby całe jego życie było wyrazem przy­jaźni i służby Przyjacielowi. „Aby mieć te siły do służenia, pragniemy mo­dlitwy i zajmu­jemy się nią” (Tw 7,4,14). Życie w miłości nie jest owocem swobodnej im­prowizacji ani nie dlatego przeżywa się je jako spotkanie z Bogiem, gdyż człowiek tak stwierdził z wielkim i bardzo szlachetnym prze­konaniem. Każda prawdziwa modlitwa, podobnie jak każda autentyczna przyjaźń, dla­tego że potrzebuje przestrzeni i okresów obecności sam na sam z przyjacie­lem, stwarza je sobie.

Tę harmonię przeżywa się i cieszy się nią od wewnątrz tej relacji. Mi­styk, prawdziwy człowiek modlitwy nie przeciwstawia w formie konfliktu zewnętrznych form wyrażania miłości, gdyż dotarł już do doświadczenia miłości, która przekracza je wszystkie i która je wszystkie wyjaśnia. Miłości jedynej.

tłum. Dariusz Wandzioch

Maximiliano Herráiz OCD

karmelita bosy, wykładowca na Uniwersytecie Mistyki w Avila, znawca św. Teresy od Jezusa i św. Jana od Krzyża, ceniony autor licznych książek i publikacji.