Komentarz Biblijny o. Wilfrid Stinissen OCD wróć

6. Niedziela Zwykła B

Luty 11, 2018

Mk 1, 40-45
Uzdrowienie trędowatego

Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: „Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić” . A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: „Chcę, bądź oczyszczony”. Zaraz trąd go opuścił, i został oczyszczony. Jezus surowo mu przykazał i zaraz go odprawił, mówiąc mu: „Bacz, abyś nikomu nic nie mówił, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż za swe oczyszczenie ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich”. Lecz on po wyjściu zaczął wiele opowiadać i rozgłaszać to, co zaszło, tak że Jezus nie mógł już jawnie wejść do miasta, lecz przebywał w miejscach pustynnych. A ludzie zewsząd schodzili się do Niego.


Dopóki czytamy Ewangelię jako zbiór opowieści z zamierzchłych czasów, niewiele rozumiemy. Oczywiście ewangelie opowiadają o wydarzeniach historycznych; ludzie, o których opowiadają ewangelie to określone osoby, które mają swoje imiona. Jednak to coś więcej. Te osoby nie są ograniczone do własnej indywidualności, one przekraczają własne granice. Pośród czterech ewangelistów zaobserwował to przede wszystkim św. Jan. Zauważył, że niewidomy od urodzenia jest nie tylko indywidualnością, ale reprezentuje każdego człowieka, który przychodzi na świat.

Wszyscy jesteśmy niewidomi od urodzenia. Dopóki nie zwrócimy się do Jezusa, brak nam światła i nie możemy widzieć, ponieważ Jezus jest światłem, które oświeca świat. Nawet Łazarz jest nie tylko mężczyzną, którego Jezus wskrzesił do życia. Właściwie każdy człowiek jest Łazarzem, ponieważ każdy musi zostać wskrzeszony przez Jezusa do tego drugiego, prawdziwego życia. Jezus i tylko On jest życiem świata. Tak Jan zrozumiał wydarzenia z życia Jezusa, tak wszyscy święci czytali Ewangelię. Ewangelie mówią o zbawczym dziele Jezusa, nie tylko tym, które spełnił przed dwoma tysiącami lat, ale i tym, które spełnia dzisiaj w każdym z nas. Gdy czytamy Ewangelię w taki sposób, staje się ona aktualna i jest źródłem coraz to nowego zadziwienia.

Również trędowaty z dzisiejszej Ewangelii reprezentuje każdego z nas. Trąd dla Żydów nie jest jedną z wielu chorób; jest uważany za zaraźliwą nieczystość. Kto zapadł na trąd, musiał chodzić w obdartych szatach i wołać: „Nieczysty! Nieczysty!”. Również w dzisiejszym tekście ewangelicznym trędowaty nazywa trąd „nieczystością”. Nie mówi do Jezusa: „Jeśli zechcesz, możesz mnie uzdrowić”, ale: „Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić”. W oczach Żydów trąd był dolegliwością, którą Bóg karze grzeszników. Gdy Miriam, siostra Mojżesza, mówiła źle o Mojżeszu i podniosła bunt przeciw niemu, Bóg ukarał ją, zsyłając na nią trąd. Trąd wskazuje na grzech. To dlatego tak nam łatwo rozpoznać siebie w trędowatym. Trądem grzechu wszyscy jesteśmy dotknięci. Toteż mądrze postąpimy, przyglądając się nieco bliżej trędowatemu z Ewangelii i okolicznościom uwolnienia go od nieczystości.

Pierwsze, co zauważamy u trędowatego to jego świadomość bycia trędowatym. To wydaje się oczywiste. W rzeczywistości tak nie jest. W pierwszym stadium trądu nie jest łatwo rozpoznać symptomy tej choroby. Nawet wówczas, kiedy ona postępuje, bywa tak, że się przymyka na to oczy i nie chce jej dostrzec. Pierwsze, co powinniśmy uczynić, to przyznać, że jesteśmy nieczyści, że jesteśmy grzeszni. Nie abstrakcyjnie, nie ogólnie: łatwo uznać, że jesteśmy dziećmi Adama i nosimy dziedzictwo grzechu pierworodnego. Chodzi o uznanie, że jesteśmy egoistami, że wiele z tego, co robimy, jest inspirowane pychą i zarozumiałością, że nawet nasze dobre czyny nie są wolne od ubocznych motywacji. Psychologia uczy nas, że wszyscy mamy skłonność do życia w iluzjach. Trudno nam zdemaskować starego człowieka i rozpoznać w sobie grzesznika. O wiele łatwiej dostrzec grzech w drugich, ale drzazga w oku bliźniego jest odpryskiem z belki, która tkwi w naszym. Również to potwierdza współczesna psychologia: projektujemy własny egoizm na innych, to, czego nie chcemy uznać w sobie, przenosimy na nich. Jest to szybkie rozwiązanie i wydaje się wygodne. Jednak na dłuższy dystans niczego nie rozwiązuje. Pierwszym krokiem do wyzwolenia jest przyznanie, że jest się chorym. Wtenczas relacja do innych natychmiast się zmienia: nie czujemy swej wyższości, dzielimy ten sam los.

Druga uderzająca sprawa u trędowatego to jego wiara, że Jezus może go uzdrowić. „Jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Dobrze jest mieć świadomość własnej grzeszności, jednak nie jest dobrze zasklepić się w niej albo zacząć użalać się i wzdychać nad nią. Z tą grzesznością musimy pójść do Jezusa, z wiarą, że On może nas oczyścić. Grzech może wieść do zgorzknienia, braku odwagi i rozpaczy; może nas też jednak poprowadzić do Jezusa. To my podejmujemy decyzję. Całe brzemię naszej grzeszności możemy zanurzyć w ufności. Im cięższy jest nasz grzech, tym głębiej możemy zaufać. Nic nie może nas odłączyć od miłości Chrystusowej, nawet nasz grzech. Owszem, ale tylko na chwilę, na tę chwilę, kiedy popełniamy grzech. Jednak zaraz potem możemy zwrócić się do Jezusa, albo powiedzieć za marnotrawnym synem: „Zabiorę się i pójdę do mojego ojca” (Łk 15,18). Wówczas grzech będzie środkiem głębszego wniknięcia w miłość Pana. Gdybym nie zgrzeszył, nie mógłbym mówić: Pan przyszedł ze względu na mnie. Teraz jednak, ponieważ zgrzeszyłem, On jest moim Zbawcą.

Trzecia sprawa, której możemy się nauczyć z dzisiejszej Ewangelii to ta, że ufność osiąga to, czego oczekuje. Opowieść Marka jest szczególnie sugestywna. Trędowaty mówi do Jezusa: „Jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. I Jezus odpowiada: „Chcę, bądź oczyszczony!” Jezus daje na miarę wiary. Gdy oczekujemy małych rzeczy od Jezusa, to otrzymamy małe. Oczekujemy rzeczy wielkich, to otrzymamy wielkie. W Ewangelii powraca jak refren: „Twoja wiara pomogła ci”. Jezus chce, abyśmy wierzyli w Jego miłość.

To, co Ewangelia mówi o trędowatym, nie zdarza się nam tylko raz w życiu. Wciąż od nowa możemy zwracać się do Jezusa i mówić: „Jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. I wciąż od nowa On nas będzie uzdrawiał. Jeżeli wiernie będziemy powracać do Jezusa, ilekroć zauważymy, że się od Niego odwróciliśmy, stopniowo odczujemy wewnętrzne przynaglenie do powrotu do domu. To tak, jakbyśmy mieli magnes w głębi naszego serca, magnes Chrystusowy, który nieodparcie przyciąga nas do Niego. I w końcu możemy dojść do tego, że nie musimy już zwracać się do Jezusa, ponieważ nie odwracamy się od Niego. Wówczas żyjemy z chwili na chwilę w Nim, wówczas Jego życie stało się naszym. Do tego jesteśmy powołani. I do tego możemy dojść, jeżeli tylko w to uwierzymy.

o. Wilfrid Stinissen OCD



Rozważanie zaczerpnięte ze zbioru medytacji biblijnych „Drogocenna Perła”. Pełne rozważania o. Wilfrida Stinissena OCD do wszystkich czytań roku liturgicznego są dostępne w naszym sklepie internetowym wydawnictwa Flos Carmeli.